Wielkieś mi uczyniła pustki w gabinecie moim

Moja droga maszyno, tym niknieniem swoim.

Wczoraj zdarzył mi się pierwszy dzień pracy w POZ bez USG pod ręką.

Dramat.

Pisałem już, że nie wyobrażam sobie pracy bez USG? No to miałem okazję przekonać się o tym, czego sobie nie wyobrażam..

Młody chłopak uderzony w lewe podżebrze podczas szkolnych zajęć tydzień temu. Od tygodnia go to miejsce boli. W badaniu – ból przy dotykaniu żeber ale też i brzucha w rzucie śledziony. No to co, USG i szybka ocena śledziony a potem może sprawdzić żebra głowicą liniową?

No i kiks – nie mam USG pod ręką. To co, skierowanie na „za tydzień”?

Inny młody człowiek przyszedł bo niedługo wypływa w półroczny rejs. Na karcie załoganta musi wypełnić część medyczną gdzie lekarz musi mu podklepać czy ma kamienie w pęcherzyku żółciowym i w nerkach czy nie.

No to co, badanko USG i w drogę?

Znowu kiks – nie mam USG. No i kto teraz za to płaci? POZ? Pacjent? Pracodawca? Jedno wielkie zamieszanie bo pracodawca międzynarodowy nie myśli o takich drobiazgach.

Znowu młody chłopak – przewlekłe bóle brzucha. Miał pół roku temu – wyszła kamica pęcherzyka. To może by tak kontrolne USG, żeby zobaczyć, czy mu tam się coś nie przesunęło?

Może jednak nie – nie mam USG pod ręką a żeby go kierować na badanie za tydzień to chyba jeszcze nie ten moment i nie te dolegliwości.

No już pal licho koszty, bo USG zlecane przez POZ takie koszmarnie drogie nie jest – choć dalej „warte” tyle co NFZ płaci na pacjenta przez prawie pół roku – ale jednak komfort pracy zupełnie nie ten.. Muszę myśleć o tym, kiedy się pacjent na to USG dostanie, kiedy trafi do mnie z wynikiem i czy w takim systemie jest sens to w ogóle zlecać.

Ble.